wtorek, 23 lutego 2016

    Nie byłam jeszcze gotowa na rachunek sumienia, nie byłam gotowa, żeby się z Ciebie rozliczyć. Z emocji jak z rzeczy, z uczuć jak z przedmiotów. Proszę, oto Twoje pudełko, wyłóż wszystko i wyjdź. Trzepoczę się w tym cierpieniu jak jaskółka w przepaści. Wiję się po ziemi, ciągnę za sobą metalowe skrzydła, które nigdy już mnie nie uniosą. Cisza rozbija wnętrze mojej głowy. Moje ciało ma wyrwane serce, a Ty dalej wydobywasz ze mnie duszę, szarpiąc kompletnie bez dotyku. Jak niewiele musi Ci mnie brakować. Jak Ty niewiele musiałeś mnie kochać. Jak niewiele mnie bez Ciebie i jak wcale mnie przy Tobie.

Zawsze kiedy coś tu sklejam, modlę się, by niewłaściwi ludzie nie pomyśleli, że choćby przecinek mógłby być napisany tutaj dla nich. Mam się dobrze. Całuję. 

niedziela, 21 lutego 2016

    I już coraz rzadziej, z okazji urodzin, świąt, czasem spontaniczniej, przy pierwszym wtorku miesiąca. Coraz rzadziej jestem, coraz częściej bywam. Bo taka kolej rzeczy. Nie. Nie, nie, nie. Nie chcę kolei rzeczy, nie chcę wtorków, poniedziałków, nie chcę nawet już zamykać oczu, bo nie mogę Cię tam dotknąć. Zawsze tylko siedzisz i patrzysz, i zawsze się uśmiechasz, dlaczego? Dlaczego chcesz, żebym sobie poradziła. Sama. Nie rzucaj mnie na kolejne morze, nie dawaj mi kolejnego krwawego roku, nie każ mi kolejnego dnia patrzeć na to nieszczęście. Nie mam już wstydu konać przed samą sobą z tęsknoty. To już tyle czasu, kiedy tylko płoniesz, a nie jesteś. Tyle miałam pytań, tyle miałam przecież do Ciebie pytań, a kolejny rok nie mam komu ich zadać. I ściskam je w sobie, upycham, ubijam, zapominam. Wróć do mnie. Albo chociaż pozwól mi się dotknąć, na chwilkę, zanim jeszcze otworzę oczy.
Dzisiaj bomby wybuchają w mojej głowie.

sobota, 13 lutego 2016

    Trudno jest mi zacząć znowu mówić. Słowa unoszą się wewnątrz mnie i opadają jak płatki śniegu spadające wolno na ziemię. Tańczą, zataczając kręgi, wzbijają się i osadzają się na dnie mojego serca. A kiedy wiatr się wznosi, bombarduje moje wnętrze jak kawałeczki potłuczonego szkła. I krew rozprowadza je po całym ciele, sama sączy mi się z ust, nie pozwala oddychać. Czuję się jakbym leżała naga w metalowej klatce na środku brudnego chodnika. Chciałabym umieć wyjąć sobie chociaż duszę z tej ubojni i pozszywać jej rozdarcia. A tymczasem jestem bezczynna. Leżę i czuję brzegi swojego martwego ciała. Zawijające się na zewnątrz i nakładające na siebie. Ten ból mnie pali. Jak żywy ogień tnie moje ciało coraz głębiej. Ale dlaczego wciąż pozwala mi istnieć. Dlaczego wciąż pozwala mi zwracać się do Boga. Skoro mogę to jeszcze robić, to proszę, niech Bóg weźmie mnie do siebie, abym mogła robić to codziennie. Ja przyjdę, dobrze? Boże, przyjdę do Ciebie niedługo. Tylko proszę, chociaż Ty mnie nie odtrącaj, pozwól mi już spokojnie na Ciebie patrzeć, błagam. Ja już będę dobra, obiecuję, tylko proszę zabierz mnie stąd.
    Dziś kiedy patrzę sobie w oczy, jestem taka pusta wewnątrz, a oni wszyscy to widzą. Potwory, bestie. Przełykam ślinę i widzę, czuję jak zło wije sobie gniazdko w moim sercu, a przecież tam było zawsze Twoje miejsce.